Obserwatorzy

Obserwują mnie

czwartek, 27 lutego 2014

Recenzja: Żel myjący do twarzy - Physiogel

Cześć:)

Dzisiaj czas na kolejną recenzję. Tym razem produktu, który już wykończyłam, co do którego miałam mieszane uczucia. To pierwszy produkt, który totalnie nie pasował mi w trakcie użytkowania, a za którym zatęskniłam w momencie, gdy się skończył.



Mowa o żelu myjącym do twarzy Physiogel, swój kupiłam w Super-Pharm za ponad 27 zł. Wiem, że w promocji można go teraz czasem zdobyć za ok 10 zł.

O tym produkcie nasłuchałam się wiele dobrego, ale mnie specjalnie nie kusił. Do czasu aż będąc w Super-Pharm w wakacje, w poszukiwaniu dobrego żelu do mycia twarzy w aptece natknęłam się na niego. Stwierdziłam, że warto wypróbować - wzięłam.. i już po 5 minutach czułam, że to był zły wybór. Nie ta cena, nie ta pojemność. Ale było już za późno.

Już przy pierwszym użyciu byłam do niego nastawiona sceptycznie.
Konsystencja totalnie nie żelowa, wodnista, wręcz przelewał się między palcami. Ciężko było rozprowadzić go na twarzy, kiepsko się pienił, żeby nie powiedzieć, że w ogóle. Dosyć dobrze mył, jednak u mnie nie ma z tym większego problemu i jestem pod tym względem zadowolona z większości żeli. Do zapachu się nie czepiam - bo to mniej istotna kwestia - chociaż mnie drażnił do samego końca.



Po umyciu skóra była odświeżona, ale bynajmniej nie była w żaden sposób nawilżona, już bardziej w stronę lekkiego przesuszenia.
Nie mogłam się doczekać, kiedy go wykończę, nie widziałam żadnych plusów z jego użytkowania, a wręcz przeciwnie - same niedogodności. Po jego wykorzystaniu miałam możliwość kupienia go na promocji, jednak zdecydowałam się na zakup żelu z Dermedic i byłam pewna, że do Physiogelu nie powrócę, nawet gdyby kosztował 5 zł.
Jednak po czasie stwierdziłam, że mi go brakuje. Bądź co bądź odświeżał twarz. Być może moja skóra ma teraz gorszy czas, ale w trakcie użytkowania Physiogelu było naprawdę dobrze i zastanawiam się, czy to nie jego zasługa.  



Nie mam niestety już kartonika..

Co mówi producent:

Skutecznie myje, zapobiegając wysuszeniu skóry. Nie zawiera mydła, nie zaburza naturalnego pH. Zwykle nie podrażnia skóry i nie wywołuje odczynów alergicznych. Nie zatyka porów. Regularnie stosowany powoduje, że skóra staje się miękka i gładka.

Zalecany do:
  • pielęgnacji skóry wrażliwej, suchej i alergicznej
  • pielęgnacji skóry nie tolerującej mydła
  • pielęgnacji skóry podrażnionej, np. po zabiegach dermatologicznych
Skład:

AQUA, PEG-75, CETEARYL ALCOHOL, DISODIUM PHOSPHATE, SODIUM COCOYL ISETHIONATE, CITRIC ACID, METHYLPARABEN, BUTYLPARABEN, PROBYLPARABEN, PARFUM.

Moja opinia:

+ Dostępność. Każda apteka.
+ Nie podrażniał, nie uczulał. 
+ Dobrze mył twarz, był delikatny dla skóry.

- Cena. Bez promocji płacimy jak za złoto. Na promocji można się skusić.
- Pojemność. Ok, jest wydajny, ale mimo wszystko taka pojemność jest kiepska. Ja nie mam potrzeby mycia twarzy żelem 2x na dzień, czasem jest to nawet co drugi dzień, z racji korzystania z płynów micelarnych i nie malowania się. W przypadku mycia buzi 2x dziennie mógłby bardzo szybko sięgnąć dna.
- Konsystencja/Zapach. Jak napisałam wyżej. Nie żelowa, przelewająca się, drażniąca nos maź.
- Działanie. Szału nie było, bo są lepsze i tańsze. Ale są też gorsze.

Wg producenta nie ma konieczności użycia wody (można/nie trzeba), ja nie wyobrażam sobie stosowanie takiego produktu bez wody, bez zmycia - czułabym się jeszcze gorzej niż przed myciem.




Jeszcze miesiąc temu powiedziałabym, że nie wrócę do niego za żadne skarby. Teraz jednak nie jestem tego taka pewna.
Nie jest to żel idealny, jednak żadnych przykrych niespodzianek podczas jego używania nie zaobserwowałam. Skóra była w dobrym stanie (ale to też zasługa innych produktów), nie mniej jednak nie przyczynił się w żaden sposób do jej pogorszenia. Myślę, że jak wykończę wszystko, co mam i trafię ponownie na promocję to kupię go ponownie i wtedy przekonam się, czy polepszenie stanu skóry mam przypisać także jemu, czy to nic nie robiące mazidełko.


Miałyście do czynienia z tym żelem?
Jakie jest Wasze zdanie?
A może macie jakiegoś ulubieńca?

Miłego wieczoru,

Jola

wtorek, 25 lutego 2014

Łupież czy martwy naskórek?

Cześć:)

Dzisiaj przychodzę do Was z postem na temat łupieżu i nie tylko.
Na wstępie muszę jednak zaznaczyć, że ekspertem to ja nie jestem i to, o czym mówię opieram tylko i wyłącznie na swoich doświadczeniach i obserwacjach. Być może to, co piszę dla wielu z Was nie jest zgodne z prawdą - proszę dajcie znać w komentarzach na dole:) To, co piszę jest odwzorowaniem moich zmagań i obserwacji tego problemu.

Łupież - jest to choroba skóry głowy objawiająca się złuszczaniem zrogowaciałej warstwy naskórka z mniej lub bardziej nasilonym łojotokiem. Kiedyś uważano, że najczęstszą przyczyną łupieżu był drożdżak Malassezia furfur, dawniej Pityrosporum ovale, który występuje naturalnie na skórze ludzkiej zarówno ludzi zdrowych jak i z łupieżem. Później jednak odkryto, że głównym czynnikiem przyczyniającym się do powstawania łupieżu jest specyficzny grzyb Malassezia globosa.

Jednak czy to jedyne przyczyny powstawania łupieżu?
Do jego powstawania może się przyczynić nie odpowiednia, chlorowana bądź też zanieczyszczona woda, źle dobrany szampon, nie dokładne spłukanie odżywki oraz wszystko to, co działa drażniąco na skórę głowy.

Istnieją dwa rodzaje łupieżu:
  •  zwykły/suchy: łuszczenie naskórka, bez zmian zapalnych
  •  tłusty: żółte, "mokre" łuski przylegające go skóry głowy, ze stanem zapalnym, prowadzić to może to zwiększonego wydzielania sebum, a więc zwiększonego przetłuszczania skóry głowy

Musimy mieć świadomość, że obumieranie i łuszczenie się skóry jest procesem naturalnym nie tylko na naszym ciele czy twarzy, ale również na skórze głowy.
Jeśli zaobserwujemy więc płatki skóry między włosami nie należy momentalnie wpadać w panikę, lecieć po pierwszy lepszy szampon przeciwłupieżowy, bo jest problem. Nie - nie zawsze ten problem faktycznie występuje.

Aby pozbyć się martwego naskórka, należy zrobić to samo, co w przypadku twarzy czy ciała - Peeling.
Ja osobiście robię go od niedawna. Wystarczy w miseczce czy nawet na dłoni zmieszać: 1 dużą łyżkę stołową zwykłego cukru z szamponem, którego aktualnie używamy.

Z reguły myję włosy dwukrotnie. Pierwszy raz (sam szampon) jest mniej dokładny i po prostu zmywa wierzchnie zabrudzenia z włosów. Przy drugim myciu nakładam "mieszankę" na skórę głowy, wykonuje masaż skóry głowy i zostawiam na kilka minut. 

Naprawdę możecie być pewni, że jeśli macie do czynienia tylko z obumarłym naskórkiem - po takim domowym peelingu nie będzie po nim śladu.

Kiedy więc mamy do czynienia z chorobą skóry głowy, a kiedy to zwykłe obumieranie i łuszczenie martwego naskórka?

Jak wspomniałam na początku - to, co mówię opieram tylko na własnym doświadczeniu.
W moim przypadku, jeśli pojawiają się jasne "płatki", ale skóra mnie nie swędzi, nie piecze to mam do czynienia ze zwykłym martwym naskórkiem i po wykonaniu peelingu jest ok.
Jeśli jednak skóra głowy mnie swędzi, jest lekko zaczerwieniona i dopiero wtedy pojawiają się stopniowo białe płatki - wtedy wiem, że peeling nie pomoże.

Na samym początku wspomniałam Wam, że każdy z nas "posiada" drożdżaka (na zdrowej skórze głowy i tej z łupieżem). Nie określono chyba, co jest dokładną przyczyną jego rozwoju, jednak w pewnych warunkach owy drożdżak zaczyna się rozmnażać i wtedy pojawia się problem: odczuwamy świąd skóry, pojawia się stan zapalny, naskórek łuszczy się w nadmiernej ilości i w konsekwencji pojawia się łupież.
Jak zawsze, także i tutaj możemy temu przypisać szereg czynników zwiększających ryzyko rozwoju drożdżaka: zła dieta, stres, osłabienie organizmu, łojotok.

Nie chcę tutaj wypisywać dostępnych szamponów przeciwłupieżowych, bo jak zawsze - na każdego może zadziałać co innego.
Pamiętajmy jednak, że "białe płatki skóry" to nie zawsze choroba i nie trzeba sięgać po specjalne specyfiki, które być może nie są potrzebne.

W mojej opinii jest różnica pomiędzy obumieraniem martwego naskórka (wystarczy peeling), a chorobą/zaburzeniami pracy gruczołów łojowych (który trzeba leczyć). Ale być może się mylę. Sama o peelingu dowiedziałam się stosunkowo nie dawno, ale po paru miesiącach obserwacji swojej skóry głowy wysnułam takie, a nie inne wnioski.
Więc.. jeśli piszę coś nie tak - dajcie znać:) I przepraszam za ew. wprowadzanie w błąd - u mnie po prostu taki system funkcjonuje:)

A jak jest w Waszym przypadku?
Zmagacie się z łupieżem? 
Stosujecie peeling skóry głowy?

Spokojnej nocy,

Jola

niedziela, 23 lutego 2014

Wygrane rozdanie + kilka nowych nabytków

Cześć Wszystkim:)

Wczoraj wróciłam do domu, w zasadzie za kilka dni znowu trzeba jechać do Bdg, jednak to pierwszy "wolny" tydzień od wakacji.. i niezmiernie się z tego powodu cieszę. Mam sporo planów na ten czas, oby tylko dni nie uciekały mi przez palce, bo czuję, że nawet nie mrugnę okiem a już będę wsiadać do pociągu.
 

Dzisiaj przychodzę do Was z szybkim postem, w którym chciałabym pokazać Wam, co wygrałam w rozdaniu u Alicji (Kaprysek) oraz małe zakupy (nie tylko kosmetyczne).

A więc, przechodząc do rzeczy:

ROZDANIE:
 

 Nadal nie mogę uwierzyć, że wygrałam:) Gdy wróciłam do domu, gdzie czekała na mnie paczka to cieszyłam się jak dziecko:) Otrzymałam:
- swój pierwszy kosmetyk Equilibry: nawilżającą odżywkę zwiększającą objętość włosów, z której niezmiernie się cieszę, ponieważ jak wspomniałam wyżej nie miałam jeszcze okazji używać żadnego produktu tej firmy a tyle dobrego się o niej nasłuchałam, że hoho:) Po drugie zaś produkty do włosów, tudzież odżywki mające na celu zwiększenie objętości to jest to, co po prostu UWIELBIAM
- gąbki do makijażu ORIFLAME to coś, czego używania jestem bardzo ciekawa. Bardzo lubię swoją podróbkę jajeczka z H&M, o której pisałam przy okazji TEGO POSTA i jestem ciekawa jak w tej kwestii spiszą się właśnie owe gąbeczki
- błyszczyk do ust ORIFLAME, który oczywiście już używałam:D Piękny kolorek, nie rzucający się w oczy, który pachnie dla mnie "czystą radością, bo dzieciństwem" - w moim odczuciu to czysta MAMBA truskawkowa:D
- czarny eyeliner ORIFLAME. Obecnie jestem "zakochana" w linerze z Maybelline, ale jestem bardzo ciekawa jak spiszę się ten:) Jestem zdecydowanie podekscytowana:)
- pogrubiająco-wydłużający tusz do rzęs EVELINE, który w zasadzie jest "jak znalazł", bo mój obecny z Inglota jest na wykończeniu..

Wiem, że rozdania to sprawa losowa, jednak mimo wszystko jeszcze raz  
bardzo DZIĘKUJĘ !:)


SUPER-PHARM:


Zakupy w Super-Pharm wyszły dość spontanicznie i szybko:
- peeling do ciała gruboziarnisty JOANNA (Super-Pharm, cena na promocji 6 zł, 200g ) Musiałam jakiś kupić, bo zwyczajnie nie posiadałam już żadnego w swoich zapasach.
- dwa opakowania suplementu DOPPEL HERZ na włosy z biotyną (Super-Pharm, cena 13 zł) Naczytałam się wiele dobrego o tym suplemencie, nie planowałam teraz jego zakupu, ale jako, że trafiłam na zniżkę to wzięłam dwa opakowania. 
Jestem bardzo ciekawa ich działania, ale mam dylemat, mianowicie:

Właśnie skończyłam kurację Jantarem, w zapasie czeka Aloevit, którego planuję zacząć używać dopiero za ok. 3 tygodnie (tak, by skóra głowy odpoczęła po Jantarze i by minął równy miesiąc: moje włosy rosną przeciętnie mniej niż 1cm/mc, dlatego też nie ma sensu robić zdjęć po 2 tyg  - zwyczajnie nie byłoby żadnego efektu). I nie wiem, czy suplement zacząć brać równocześnie z Aloevitem, a może już teraz? A może jeszcze trzecia opcja - po Aloevicie?

Doradźcie mi proszę, bo mimo, że jestem ciekawa działania i bardzo chciałabym zobaczyć jakiekolwiek efekty, to nie chciałabym stosować wszystkiego na raz, bo wtedy nie będę w stanie określić, który produkt mogę chwalić bądź obwiniać za zmiany, czy to pozytywne czy negatywne..

Co mi radzicie?


PEPCO:

Osoby, które mnie znają - wiedzą, że UWIELBIAM wszelkiego rodzaju pudełka, puszki i inne organizery, na których zagospodarowanie mam tysiące pomysłów. 
 

To nie planowany zakup, ale jak tylko je zobaczyłam, to wiedziałam, że zabieram ze sobą:)
Wg mnie puszki są śliczne i bardzo uniwersalne w zastosowaniu. Mniejsza ma zdejmowaną pokywkę, większa uchylaną.

 


- mniejszą puszkę (Pepco, cena 5zł) kupiłam z myślą o herbatach. Piję ogromne ilości ziołowych herbat, głównie liściastych, które po otwarciu opakowania zawsze mi się gdzieś rozsypują. To będzie wg mnie idealne rozwiązanie. Do tego tanie i śliczne:) Było kilka różnych wzorów, więc prawie każdy znajdzie coś dla siebie.


- większą puszkę (Pepco, cena 7 zł), jak zresztą widzicie kupiłam z myślą o przechowywaniu foremek, wykrawaczek do ciastek i innych tego typu rzeczy. Mam tego coraz więcej i wolałabym, by było w jednym, zamkniętym, osłoniętym przed kurzem miejscu. Po powrocie do domu zdecydowałam jednak, że będzie to idealne "mieszkanko" dla moich nici, igieł i tego typu rzeczy. A co za tym idzie, w najbliższych dniach planuję udać się do Pepco w celu zakupienia kolejnej puszki (na foremki), widziałam większą "kawową", prostokątną puszkę i wstępnie jestem już na nią zdecydowana.
 

Dla zainteresowanych: foremki na muffiny zakupione również w Pepco (za 100 szt zapłaciłam 7 zł).

Jak widzicie z zakupami tym razem nie zaszalałam, ale ostatnio się obkupiłam co najmniej na najbliższe tygodnie a może nawet miesiące. 


W ubiegłym tygodniu wykończyłam drugą butelkę Jantaru. Mam już swoje przemyślenia na ten temat, jednak zastanawiam się czy nie poczekać jeszcze 3 tygodni (równe 2 miesiące od momentu rozpoczęcia stosowania Jantaru), by zdjęcia były całkowicie rzetelne. Chodziło mi przede wszystkim o szybszy porost włosów, a przyrosty z reguły mierzone są w cm/mc, dlatego myślę, że odczekanie tych 3 tygodni do recenzji do właściwa decyzja. A co Wy myślicie na ten tamat?
Czekać te 3 tyg. czy nie? :)

Cudownego tygodnia:)

Jola

czwartek, 20 lutego 2014

Recenzja: Płyn micelarny DERMEDIC

Cześć:)

Obecnie nadal jestem poza domem, wszystkie egzaminy zaliczone.. szkoda, że tylko tydzień i "witaj kolejny semestrze"..

Dzisiaj czas na kolejną recenzję. Tym razem produktu, który jest już na wykończeniu, a więc po prawie całej zużytej butelce mogę już się na jego temat wypowiedzieć.



Zapraszam Was na recenzję płynu micelarnego H2O HYDRAIN3 HIALURO, marki Dermedic.

Jest to płyn przeznaczony do demakijażu twarzy i oczu, dla skóry suchej, bardzo suchej i odwodnionej. 
Swoją buteleczkę zakupiłam w Super-Pharm, w cenie promocyjnej ok 10 zł. W cenie regularnej kosztuje ok 20 zł.
Pojemność 200 ml.

Co pisze producent:

Płyn micelarny zmywa makijaż i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawiając uczucie świeżości i czystości - micele estrów kwasów tłuszczowych "przyciągają" zanieczyszczenia bez potrzeby nadmiernego tarcia wacikiem.
Nie podrażnia oczu - hypoalergiczny - czystość jaką daje woda termalna nie powoduje podrażnień nawet u osób bardzo wrażliwych.
Nie wysusza skóry jak inne środki myjące - Hyaluronic acid - kwas hialuronowy, kompleks Hydroveg VV - zmiękczają i utrzymują nawilżenie warstwy rogowej skóry.

  • nie zatyka porów
  • jest neutralny dla oczu
  • nie pozostawia filmu na skórze
  • z wodą termalną
  • zalecany do oczyszczania wrażliwych oczu i skóry, również dla osób nietolerujących tradycyjnych preparatów do demakijażu



Skład:

AQUA, GLYCERIN, PEG-7 GLYCERYL COCOATE, SODIUM HYALURONATE, UREA, DIGLYCERIN, SODIUM PCA, HYDROLYZED WHEAT PROTEIN, SORBITOL, L-LYSINE, ALLANTOIN, LACTID ACID, PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL, PARFUM, DEHYDROACETIC ACID, BENZYL ALCOHOL.




Moja opinia:

Jestem bardzo zadowolona z działania tego płynu.

+ Cena/Pojemność. Ja zapłaciłam za niego dyszkę, przy czym pojemność 200 ml starcza mi na jakiś czas (nie używam go na okrągło, tylko na przemian z żelami do mycia twarzy)
+ Skład. Jest krótki, co zawsze bardzo lubię w kosmetykach. Niestety prawie na końcu mamy parafinę. Moja skóra jej nie toleruje, dlatego byłam bardzo zaskoczona, że mnie nie wysypało.. Być może jest w bardzo małym stężeniu, bo normalnie miałabym rewolucję na twarzy.
+ Dostępność. Dostaniemy ją w każdej aptece.
+ Wydajność. Jak dla mnie bardzo wydajny, z tym, że tak jak wspomniałam wyżej: nie używam go na okrągło.
+ Działanie. Bardzo dobrze zmywa makijaż (oczy zmywam uprzednio 2-fazówką), nie podrażnia, nie uczula, nie szczypie. Jak dla mnie to bardzo dobry płyn.
+ Wygląd/konsystencja/zapach. Butelka w stonowanych kolorach, prosta bez udziwnień, zamykana z dzióbkiem, bardzo szczelna - nic nigdy mi się nie wylało. Wygląda i zachowuje się jak typowy płyn/woda, po wstrząśnięciu pieni się. Zapach bardzo delikatny, mi przypadł do gustu, utrzymuje się chwilowo na skórze.

Minusów w nim nie widzę:)

Ten micel, razem z płynem marki Vichy to moje dwa ulubieńce. Robią wszystko to, czego ja od nich oczekuje, bez żadnych efektów ubocznych.

 Serdecznie go Wam polecam:)

Pamiętajmy jednak, że każda skóra jest inna i ma inne potrzeby.
Ma mam cerę mieszaną, która miewa lepsze i gorsze momenty. Raz zbliża się w stronę normalnej, a za chwilę w stronę tłustej i ze skłonnościami do niedoskonałości.
 U mnie spisał się bardzo fajnie i z pewnością do niego powrócę. Jednak nie wiem jak będzie u kogoś z innym typem skóry. Szukanie produktów odpowiednich dla danej skóry nie jest wcale takie proste:)


Miałyście? Używałyście?
A może macie jakiegoś swojego totalnego ulubieńca w zakresie tego typu produktów?

Spokojnej nocy,

Jola

wtorek, 18 lutego 2014

Grzebień The Body Shop - moja opinia po prawie 2 miesiącach użytkowania

Cześć wszystkim :)

Wczoraj wróciłam do domu i jestem praktycznie tylko przelotem, bo już jutro wracam do Bdg, żeby zająć się siostrzeńcem i siostrzenicą:) Swoją drogą szczerość dzieci jest niesamowita a wyznanie miłości z ust 5-latka ot tak po prostu jest czymś nie do opisania ♥

Czekam na wyniki ostatniego egzaminu, chociaż z racji tylko jednego pytania nie wiem sama jak poszło.. bo albo się wie, albo nie..
Odwiedziłam Wasze blogi, nadrobiłam weekendowe zaległości i teraz mogę przystąpić do pisania nowego posta.
A muszę przyznać, że dzisiaj pół dnia spędziłam na robieniu zdjęć na bloga;) planuję sporo recenzji kosmetyków do włosów, czyli mojej małej obsesji:) 

Jestem też bardzo, ale to bardzo nakręcona, ponieważ dzisiaj pierwszy raz w życiu coś WYGRAŁAM:)
A mianowicie Rozdanie u Alicji (Kaprysek) na TYM BLOGU . To jakieś zrządzenie losu, bo pierwsza wylosowana osoba nie zgłosiła się z danymi i przy ponownym losowaniu trafiło na mnie:) Jestem tak szczęśliwa, że nie umiem tego opisać! ♥

Przepraszam za tyle prywaty, ale radość mnie dosłownie rozsadza i musiałam o tym napisać:)

Przechodząc do dzisiejszego posta:)



Mowa o grzebieniu z The Body Shop, o którego zakupie pisałam Wam TUTAJ.
Swój egzemplarz zakupiłam na Allegro, zapłaciłam za niego 21 zł + przesyłka.

Zaczęłam użytkowanie praktycznie natychmiast i co mogę powiedzieć po prawie 2 miesiącach?


Co pisze producent?

Drewniany grzebień z szeroko rozstawionymi zębami.
Ułatwia rozczesywanie włosów zarówno na sucho jak i na mokro, nie uszkadzając przy tym struktury włosa.
Umożliwia także równomiernie rozprowadzanie odżywek.
Jest przeznaczony do każdego typu włosów.
Posiada certyfikat FSC (Forest Stewardship Council).

Czym jest FSC?

" FSC jest  pierwszym i obecnie najbardziej rozpoznawalnym globalnie system certyfikacji lasów i produktów drzewnych. System oparty jest o szereg standardów –  wymogów stworzonych przez członków organizacji FSC A.C. Dokumenty te opisują zasady prawidłowego gospodarowania lasami oraz sposoby ich weryfikacji w terenie.

Standardy opisują również zasady kontroli przepływu surowca z lasu do ostatecznego konsumenta w sposób, który gwarantuje, że produkty oznakowane LOGO FSC faktycznie pochodzą z lasów spełniających wymogi FSC." [Źródło]

W praktyce oznacza to tyle, że drewno pozyskiwane jest w legalny sposób, nie jest nielegalnie wycinane po nocach, a osoby pracujące przy wycince są normalnie zatrudnione a nie wyzyskiwane w nieludzkich warunkach. Przynajmniej ja tak to rozumiem.

Firma TBS nie testuje swoich produktów na zwierzętach.



Moja opinia:


Jestem ZACHWYCONA!!

+ Jakość. Jest to najsolidniej wykonany grzebień, jaki kiedykolwiek trzymałam w dłoni. Drewno naprawdę bardzo dobrej jakości. Do tej pory jak go powącham to czuję czyste drewno! Do tej pory nie ma na nim zadrapań ani wystających drzazg.
+ Jest antystatyczny. Po odstawieniu szczotki Tangle Teezer i rozpoczęciu "współpracy ze szczotką z włosia dzika" moje włosy zaczęły się elektryzować. Podziałałam na samą szczotkę, jednak z pewnością ten grzebień znacząco się przyczynił do poprawy w tym względzie. Teraz elektryzowaniu mówię NIE:)
+ Trwałość. Wiem, że mam go od niedawna. Dwa miesiące to mało, jednak z ręką na sercu - używam go codziennie i mimo, że zdarzyło się, że mi upadł to nic się z nim nie stało. Wygląda identycznie jak w dniu, kiedy go odpakowywałam. Mimo czesania włosów na sucho i mokro nic się z nim nie stało. (Co prawda staram się o niego dbać i nigdy nie zostawiam go zawilgłego po wodzie czy odżywkach).
+ Wygląd. Wygląda bardzo estetycznie, minimalistycznie. Żadnych krzykliwych, nie potrzebnych rzeczy, nadruków.
+ Malutki, zgrabny, poręczny. Te trzy słowa idealnie go opisują. Bez problemu zmieści się wszędzie. Do torebki w sam raz, na wyjazdy idealny. Dobrze układa się w dłoni, nie wypada.
+ Waga. To może nie jest żadnym odkryciem ani istotną cechą, jednak ja w torebce mam po prostu wszystko. I miło mieć w niej coś, co jest malutkie, leciutkie a działa cuda:)
+ Działanie a raczej" Funkcjonalność. Spisuje się rewelacyjnie! Dzięki szerokiemu rozstawowi zębów i dobrej jakości drewna nie szarpie włosów, dobrze je rozczesuje, nie niszczy struktury włosa. Co do czesania na sucho jak wyżej nie mogę złego słowa powiedzieć. Co do czesania na mokro - raczej tego nie praktykuję. Próbowałam na początku rozczesywać maski/odżywki, jednak stwierdziłam, że w moim przypadku to nie ma absolutnie żadnego sensu i mija się z celem.
Mam proste, gładkie włosy. I wmasowując odżywkę czy maskę we włosy bez problemu wszędzie z nią docieram, nie potrzebuję do tego żadnych innych sprzętów:) Chociaż może jeszcze spróbuję z rozczesywaniem odżywek - kto wie:)
+ Łatwy w użyciu. Muszę przyznać, że nie często czeszę nim włosy na długości (od tego mam szczotkę z włosia dzika), wydzielanie pasm włosów to jego główna funkcja. Nie szarpie, nie plącze, nie drapie, nie kaleczy a szybko rozdziela warstwy włosa. To jest bardzo przydatne przy stosowaniu wcierek, nie mam żadnego problemu żeby dotrzeć do każdego miejsca na skórze głowy.


- Dostępność. Z tego, co wiem to stacjonarnie jest dostępny tylko w sklepach TBS. Oczywiście od czego jest internet? Jednak nie każdy lubi tego rodzaju zakupy i płacić za przesyłkę połowę ceny samego grzebienia.

* Cena. Znowu nie wiem, gdzie ją umieścić. Z jednej strony ok 20 zł za grzebień wydaje się sporą sumą, bo przecież są tańsza. I tu słowo klucz. Tańsze nie znaczy lepsze. Ten jest naprawdę solidnie wykonany i spisuje się (przynajmniej u mnie) na 6-kę i nie żałuję żadnej wydanej na niego złotówki.



Spotkałam się ze stwierdzeniami, że poprawia kondycję włosów. Nie wiem - być może.
Ja używam tyle dobrodziejstw do moich włosów, przez olejki, wcierki i maseczki po szczotkę z włosia dzika czy właśnie ten grzebień, że ciężko mi stwierdzić, czy owy grzebień przyczynia się do poprawy stanu włosów. Dodatkowo jak wspomniałam wyżej, używam go przede wszystkim do wydzielania pasm włosów, oczywiście czeszę nim również włosy na długości, ale tutaj prym wiedzie zdecydowanie szczotka.
Z pewnością ich nie niszczy a to wielki plus.

Podsumowując, ja go Wam serdecznie polecam.
U mnie spisał się fenomenalnie, spełnia swoje funkcje, nie robi żadnej krzywdy. Czego chcieć więcej od tego typu produktów?:)

Jednak każda z nas ma inny typ włosa, inną strukturę. Coś, co u mnie spisało się naprawdę fajnie i nie robiło mi żadnej krzywdy nie znaczy, że u Was będzie tak samo.
Z moimi włosami grzebień pracuje idealnie, ale nie wiem jak będzie się w przypadku włosów kręconych, grubych. To prawie tak jak z kosmetykami - u każdego może sprawdzić się inaczej.

Już nie długo pojawi się dokładniejsza recenzja szczotek: Tangle Teezer i z włosia dzika. Obie były krótko przede mnie opisane w TYM POŚCIE, przy okazji zakupu szczotki i wyżej wymienionego grzebienia, jednak teraz chciałabym pokusić się o głębszą recenzję ze zdjęciami włosów "w czasie użytkowania TT" i w czasie tej, z włosia dzika.
Początkowo planowałam zrobić ich porównanie, ale teraz stwierdzam, że zrobię osobne posty, bo obie szczotki na to zasługują. TT jest wręcz kultowa i jestem chyba jedyną osobą, która jest z niej nie zadowolona..:)

Ktoś z Was posiada grzebień z TBS?
Znacie? Lubicie?
Czy uważacie, że tego typu grzebień jest zupełnie zbyteczny?

Pozdrawiam ciepło:)

Jola

piątek, 14 lutego 2014

Moje zdanie o: Magdzie Gessler

Cześć:)

Dzisiaj przychodzę do Was z troszkę innym rodzajem posta.
Nie wiem, czy taka forma posta, taki cykl postów się przyjmie, jednak ostatnio wpadłam na pomysł, by wyrazić swoją opinię na temat pewnych osób, wydarzeń, etc. Zwłaszcza, kiedy w mediach trwa nagonka, w moim mniemaniu często totalnie nie uzasadniona to mam ochotę w jakiś sposób wyrazić swoją opinię, czasem stanąć w obronie lub zwyczajnie jawnie skrytykować. Nie znoszę anonimowego wylewania jadu na wielu portalach. W mojej ocenie nie pochlebne komentarze często piszą osoby zgorzkniałe, które nie jednokrotnie wykazują całkowitą nie znajomość tematu czy osoby, na której temat się wypowiadają.

Anonimowość w sieci mnie drażni. Drażni mnie, że praktycznie każdy może napisać wszystko, obrażać bez żadnych konsekwencji i okazywać brak poszanowania jakichkolwiek wartości.

Dlatego też na temat niektórych osób czy też wydarzeń chciałabym się wypowiedzieć.
Zdaje sobie sprawę z tego, że ile ludzi - tyle opinii. Ale to jest w porządku, to jest normalne i fajne. Tutaj chcę tylko przedstawić swoją opinię - jako ja: konkretna osoba a nie anonim. To chyba też pewna forma wylania własnej frustracji, która we mnie powstaje, gdy czytam pewne artykuły czy oglądam reportaże. Nie chcę tutaj kopiować cudzych życiorysów czy dokonań - bo nie to jest moim celem. Krótko w kilku zdaniach będę opisywać daną osobę, czy wydarzenie oraz wyrażę swoją opinię.

Do tej pory na moim blogu ukazywały się zdjęcia wyłącznie mojego autorstwa. Teraz niestety będę musiała się również posiłkować cudzymi zdjęciami. Jednak.. 

Jako, że to pierwszy post z tej hm.. "serii" to napiszę o osobie, której zdjęcie posiadam:)


 


Mowa o: Magdzie Gessler

Myślę, że nikomu przedstawiać jej nie muszę.
Restauratorka, właścicielka wielu restauracji, prowadząca program "Kuchenne rewolucje", jurorka w "MasterChef'ie". 
 


Jeśli tylko pojawia się o niej jakikolwiek artykuł to jest napisany negatywnie. Przynajmniej ja je tak odbieram w zdecydowanej większości.
Pojawia się krytyka odnośnie jej zachowania, prowadzenia programu "Kuchenne rewolucje", kontaktów z rodziną czy wreszcie wyglądu.

Strasznie mnie to denerwuje.
Oczywiście nie znam Pani Magdy, więc nie mogę powiedzieć - jaka jest naprawdę. Jednak bardzo szybko oceniam ludzi, nawet tych, których nie znam. Zawsze szybko wyrabiałam sobie opinię na temat innych, czasem życie je później weryfikowało, jednak chyba większość z nas oglądając programy, czytając prasę - ma wyrobiony jakiś stosunek do danych osób. Czasem jest neutralny, czasem ktoś "nam nie pasuje" a czasem czujemy, że to jest ktoś, kogo zwyczajnie lubimy.

W przypadku Magdy Gessler ja zaliczam się do ostatniej grupy. Bardzo ją lubię.


Jak idzie o jej zachowanie: wg mnie to jest jej zaleta. Jest po prostu sobą. Jeśli się cieszy to całą sobą, jeśli jest zła to tego nie ukrywa, jak jest wściekła to się nie hamuje. Dzięki takim zachowaniom ja mam wrażenie, że jest bardziej ludzka i prawdziwa. Nie jest to osoba pokroju "ą" i "ę" tylko normalna kobieta, którą szanuje za to kim jest i co robi. Wg mnie niczego nie udaje, jest autentyczna i to jest jej wielki atut.
Oglądałam wiele jej wywiadów i uważam, że jest to naprawdę inteligentna kobieta. Ma klasę, ale kiedy trzeba potrafi odpowiedzieć w taki sposób, żeby w "pięty poszło". Miałam też okazję być świadkiem "wywiadu na żywo" i na wszystkie zadane jej pytania, nawet te bardzo obraźliwe odpowiadała kulturalnie i z szacunkiem dla drugiej strony - mimo, że owa druga strona nie znała chyba nawet pojęcia 'szacunek'.





W zakresie prowadzenia "Kuchennych rewolucji". Zdaje sobie sprawę, że to telewizja. A jak powszechnie wiadomo "telewizja kłamie" tudzież nagina rzeczywistość. Nie łudzę się, że wszystko jest na spontanie, że pokazali wszystko tak, jak było kropka w kropkę, ale nawet tego nie oczekuję - powtarzam: to telewizja, a ona rządzi się własnymi prawami, których nie jestem w stanie w pełni zgłębić po "tej stronie ekranu". Jest to program rozrywkowy, kulinarny owszem też, ale przede wszystkim ma na względzie zgromadzenie jak największej rzeszy odbiorców przed telewizorami. Nie rozumiem kompletnie zarzutów osób, u których Rewolucja się nie powiodła, nie rozumiem ich roszczeń, oskarżeń i pozwów sądowych. Dobrze wiedzieli na co się piszą i skoro zdecydowali się na udział w programie to musieli być zdesperowani i była to ich ostatnia deska ratunku. Muszą się liczyć, że to telewizja. Muszą się liczyć z tym, że nie wszystko pójdzie zgodnie z ich planem i że taka już formuła programu, że jeśli nie zrobią tak, jak jak uzgadniali z Panią Magdą to po powrocie "do swoich starych przyzwyczajeń" rewolucji nie będzie.
W wielu przypadkach wychodziły problemy prywatne. Ale cóż - gdzieś przyczyna zawsze siedzi a Pani Magda ma chyba dar wnikania i szukania. Bo jak inaczej można coś naprawić? 

Co do kontaktów z rodziną to jej prywatna sprawa i nigdy żadne media nie będą w stanie wniknąć w to, jak jest naprawdę. Chyba każdy z nas od czasu do czasu ma jakieś konflikty w rodzinie. Nie każdy pierze brudy publicznie. A robienie sensacji, często wyssanej z palca to dla mnie jakieś nieporozumienie.

W ostatniej kwestii - najbardziej banalnej aż nie warto się wypowiadać.
To, jak Pani Magda wygląda to chyba niczyja sprawa. Każdy z nas jest inny. Jeden jest szczupły, drugi jest grubszy. Jeden jest wyższy, drugi jest niższy. Jeden ma brązowe oczy, drugi niebieskie. Etc. Mogłabym tak wymieniać bez końca. 
Nie rozumiem, czemu ludzie się tak tego czepiają. Gdy przeczytacie artykuł o Magdzie Gessler bez względu na to, o czym będzie - w komentarzach ZAWSZE będzie obrażana, że za gruba, że za brzydka, że włosy nie takie, że makijaż nie ten, że strój nie pasuje. Zawsze coś.
Ja osobiście tego nie rozumiem. Po pierwsze z czysto ludzkiego punktu widzenia - gdzie poszanowanie drugiego człowieka?
A po drugie.. Pani Magda nie jest modelką, która musi liczyć się z każdym dodatkowym kg. Jest restauratorką i powinna być oceniana przez pryzmat swojej pracy, sukcesów a nie tego, jak wygląda.

Kończąc ten w sumie długi wywód chce ostatni raz w skrócie nadmienić, że ja Panią Magdę Gessler bardzo szanuję i podziwiam za jej pracę i trud włożony we wszystko, w co się angażuje.

A Wy lubicie Magdę Gessler? Czy wręcz przeciwnie?

I co myślicie o tego typu postach?
Chcielibyście poczytać jeszcze parę, czy lepiej na tym jednym zakończyć?

Ja w nd mam kolejny egzamin - tym razem Szczegółowa uprawa roślin wita.... Coś nauka mi nie idzie.. materiał z dwóch lat sprawił, że zanim zaczęłam już czułam się pokonana.. też tak czasem macie?
Trzymajcie kciuki i wszystkie inne palce, a może zdarzy się cud:)

Jola


środa, 12 lutego 2014

Zakupy: Rossmann, Lidl, Biedronka

Cześć:)

Dzisiaj czas na post z zakupami, poczynionymi w minionym tygodniu. 


Nie przedłużając:) We wszystkich sklepach natrafiłam na promocje. Ostatnio w ogóle stwierdziłam, że bardziej opłaca mi się poczekać na promocję i wtedy zaopatrzyć się w kilka produktów niż przepłacać.

ROSSMANN:


 1. Mleczko do ciała 10% mocznika ISANA - (Rossmann, cena promocyjna 6 zł, pojemność 250 ml) kupione pod wpływem impulsu, na promocji. Właśnie wykończyłam masło do ciała i skusiłam się na mleczko. Nigdy nie miałam tego typu produktu do pielęgnacji ciała i jestem bardzo ciekawa jak się będzie spisywać.

2. Olejek pod prysznic ISANA - (Rossmann, cena promocyjna 4 zł, pojemność 200 ml) miałam już ten olejek latem i byłam z niego bardzo zadowolona.

3. Kremowy żel pod prysznic DOVE - (Rossmann, cena promocyjna 8,50 zł, pojemność 400 ml) miałam małą wersję tego żelu i się dosłownie "zakochałam" dlatego jak tylko zobaczyłam wielką butlę w tej cenie - brałam bez zastanowienia:)

4. Odżywka do włosów zniszczonych DOVE - (Rossmann, cena promocyjna 7 zł, pojemność 200 ml) kupiona przy kasie. Mam co prawda inne odżywki, ale z racji, że jedną właśnie kończę to pozwoliłam sobie na zakup tej:) Ciekawa jestem jak się sprawdzi:)

5. Paletka cieni LOVELY - (Rossmann, cena 12 zł) jak prędzej nigdzie jej nie widziałam, to teraz jest w każdym Rossmannie. Jeśli ktoś był zainteresowany jej kupnem, to teraz jest już wszędzie dostępna. To, co mnie zaskoczyło to jej wielkość, nie wiem czemu, ale wydała mi się niesamowicie malutka:) Jeszcze nic z nią nie robiłam, także zobaczymy jak się spisze w praktyce.

LIDL:



6. Szampon pielęgnacyjny dla niemowląt HIPP - (Lidl, 8 zł, pojemność 200 ml) bardzo zachęcił mnie skład. Jakoś nigdy prędzej tego szamponu nie widziałam, albo nie zwróciłam na niego uwagi. 

7. Krem pielęgnacyjny do twarzy i ciała dla niemowląt HIPP - (Lidl, 8 zł, pojemność 75 ml) szukałam jakiegoś kremu z fajnym składem, bo niestety Emolium się u mnie nie sprawdziło, a coś nawilżającego mieć chciałam. Bardzo przyjazny skład oraz ilość olejków i ekstraktów mnie przekonała.

8. Oliwka pielęgnacyjna dla niemowląt HIPP - (Lidl, 10 zł, pojemność 200 ml) to moja druga buteleczka. KOCHAM ten produkt, świetnie się u mnie sprawdza, szybko się aplikuje, dobrze się wchłania i nawilża. Cudo!

Mimo oglądania wielu Waszych cudów z Biedronki mnie jakoś bardzo nie korciło do zakupów, zwłaszcza, że do najbliższej Biedronki mam ok 25 km. Jednak przy okazji, skoro udało się być to weszłam:) A co:)
Jednak to, co zobaczycie poniżej zostało zakupione przy okazji dwóch wizyt:)


BIEDRONKA:



9. Arganowy szampon 8w1 EVELINE - (Biedronka, 9 zł, pojemność 150 ml) nie kupiłam go przy pierwszej wizycie, bo wydał mi się drogi w porównaniu do pojemności. Jednak zapomniałam zabrać ze sobą szamponu na wyjazd (a mam bzika na punkcie używania tylko swoich kosmetyków, także pielęgnacyjnych), więc wstąpiłam do Biedronki i zakupiłam ten. Myłam nim włosy dwukrotnie i byłam naprawdę zaskoczona, pozytywnie. Teraz chcę wykończyć to, czego używam, także do tego szamponu wrócę za jakiś czas.

10. Szampon z olejkami TIMOTEI - (Biedronka, 6 zł, pojemność 250ml) kupiłam go przy pierwszej wizycie. Skusiłam się ze względu na to, że olejki są całkiem wysoko w składzie i ma stosunkowo małą pojemność - w sam raz na wyjazdy.

11. Odżywka z olejkami TIMOTEI - (Biedronka, 6 zł, pojemność 200 ml) chciałam mieć odżywkę z tej samej serii co szampon, ciekawa jestem jakie będą efekty. Cieszę się z zakupu tych produktów, bo naprawdę pojemnościowo i cenowo jest dla mnie idealnie:)

12. Arganowa maska 8w1 EVELINE - (Biedronka, 17 zł, pojemność 500 ml) w pierwszej Biedronce już jej nie było. Zdecydowałam się na maskę, mimo, że miałam opory.. Skład zbliżony do odżywki z tej serii, która nota bene jest w cenie zbliżonej, ale jest o połowa mniejsza.

13. Maseczki BIOVAX : do włosów słabych ze skłonnością do wypadania, intensywnie regenerująca z keratyną i jedwabiem, do włosów suchych i zniszczonych i intensywnie regenerująca z naturalnymi olejami - (Biedronka, 2 zł za sztukę, pojemność jednej saszetki 20 ml) najpierw kupiłam 3, których nie miałam, ale później dokupiłam czwartą:) 


To by było na tyle:)
Sporo się tego nazbierało, ale uważam, że i tak trafiłam na fajne okazje + naprawdę potrzebowałam większości z tych produktów, a połowa to już sprawdzeni ulubieńcy:) 

Jesteście ciekawi któregoś kosmetyku bardziej?
Chcielibyście przeczytać recenzję któregoś?:)

Miłego dnia:)

Jola

wtorek, 11 lutego 2014

Walentynki - święto czy banał ?

Cześć:)

Muszę przyznać, że jak nie mam czasu na nic, nauka wzywa - to pojawia mi się cała masa pomysłów na nowe posty czy stworzenie kilku serii na moim blogu:) Ale wszystko musi cierpliwie poczekać:) Nie mniej jednak wszystko zapisuję, bo pewnie o połowie pomysłów bym zapomniała.

Egzamin z łąkarstwa za mną - część praktyczna, a więc rozpoznawanie zasuszonych traw z łaciną zaliczona na 5, bardzo się cieszę:) Na wyniki z części teoretycznej czekam, ale niestety nie mam dobrego przeczucia.. no ale;)
Teraz przede mną kolejny egzamin, troszkę trudniejszy, bo materiał również z ubiegłego roku a czasu niewiele, bo zaledwie 5 dni do egzaminu..

Dzisiaj jednak chciałabym napisać posta, bardzo podobnego do tego, sprzed 1,5 miesiąca odnośnie postanowień noworocznych.



Już na wstępie muszę przyznać, że nie znoszę "świąt" czy po prostu dni, które są jakby narzucane odgórnie do pewnego celebrowania. Już na "dzień dobry" jestem wtedy nastawiona jakoś negatywnie. Wynika to chyba z tego względu, że nie lubię, gdy ktoś mi coś narzuca a tutaj poniekąd tak się czuję. Wszędzie pełno serduszek, wylewającej się z witryn sklepowych miłości, czerwonego koloru i ukierunkowywania wszystkiego i wszystkich na Walentynki.

Nie mówię, że to złe, jeśli komuś to pasuje to bardzo fajnie. Każdy z nas jest inny, jednak ja uważam, że jeśli się kogoś kocha, to nie potrzeba jakiś specjalnych dni do okazywania uczucia. Każdy dzień powinien być wyjątkowy i milej wg mnie dostać chociażby kwiatka BEZ OKAZJI niż właśnie w Walentynki, kiedy paradoksalnie dla mnie jest to bardziej przymusowe i narzucone działanie.
Bo przecież KAŻDY obchodzi ŚWIĘTO, KAŻDY musi pokazać jak bardzo kocha, więc koniecznie kwiatek, koniecznie czekoladki, konieczne COKOLWIEK byleby pokazać, że kochamy. A wg mnie to tak nie działa.

Drażni mnie, że w 14 lutego następuje jakaś FALA MIŁOŚCI, a już 15 lutego ludzie, którzy dzień prędzej słodzili sobie na każdym kroku skaczą sobie do gardeł.

Każdy dzień jest ODPOWIEDNI, by okazać komuś uczucie, jakim darzymy daną osobę. Nie potrzebujemy do tego wykreowanych i wg mnie "sztucznych świąt". 

Dużo większe znaczenie ma dla mnie okazywanie sobie uczucia poprzez drobne gesty na co dzień, niż jednodniowy wylew uczuć, który jakoś do mnie nie przemawia. Nie czuję się w żaden sposób wyróżniona dostając różę 14 lutego -  zdecydowana większość kobiet je tego dnia dostaję. Ale dostać różę każdego innego dnia, bez okazji - to jest dopiero coś:)
Z drugiej jednak strony, jeśli wszyscy na około dostaliby kwiatki a ja jedna nie - cóż, nie powiem, że nie byłoby to w pewien sposób przykre, a przecież nie świadczy o braku uczucia z drugiej strony. Wynika to chyba z pewnego rodzaju przyzwyczajenia, wpływu otoczenia, mediów.
Ten dzień jest już w naszej świadomości wpisany w określony sposób i chcąc nie chcąc jesteśmy uczestnikami tego wszystkiego.

Pisząc tego posta nie mam na celu obrażania kogokolwiek, dla kogo ten dzień jest wyjątkowy i szczególny. Dla mnie to dzień, jak każdy inny i  robienie niesamowitego "święta" z tej okazji nie jest dla mnie zrozumiałe. W pewien sposób 14 luty to data mająca jakieś znaczenie i fajnie spędzić ten dzień z bliską osobą, w romantycznej atmosferze. Ale chciałabym żeby takie dni zdarzały się zdecydowanie częściej:)

Okazujmy drugiej osobie miłość zawsze, a nie tylko jednego dnia w roku:)

Co do prezentów "walentynkowych" to, gdy przechodziłam swoje "pierwsze walentynki" było to dla mnie niesamowicie ważne. Chyba z racji tego, że były to moje pierwsze walentynki, w których miałam przy sobie "moją walentynkę":) 
Teraz zupełnie inaczej do tego podchodzę. Poduszki serduszka są fajne, ale czy naprawdę potrzebujemy czterech poduszek-serduszek, trzech kubków-serduszek, serduszek stojących, serduszek wiszących i wielu, wielu innych serduszkowych rzeczy?
Serduszka są ok, ale w moim odczuciu nadmiar nie jest wskazany i w pewnym momencie może to stracić swoją wyjątkowość.

Obecnie, jeśli chce w ten dzień sprawić dodatkową przyjemność (nie tylko 14 lutego, ale między innymi tego dnia) to wg mnie dobrze jest zastanowić się z czego dana osoba zwyczajnie się ucieszy.
Wg mnie w przypadku faceta ciasto (chociażby w kształcie serduszka) jest ok:)

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
Lubicie celebrować i "obchodzić" Walentynki?
Czy dla Was to przereklamowane "święto"?

Spokojnej nocy:)
Jola


piątek, 7 lutego 2014

Recenzja: Pomadka do ust - Inglot 263

Cześć:)

Dzisiaj pod lupę wzięłam pomadkę do ust, nr 263 z Inglota.
Zapłaciłam za nią ok. 21 zł.



Niestety nie mam już pudełeczka od niej, więc nie wiem czy były na nim jakieś informacje od producenta czy skład.




Więc tym razem przeczytacie tylko moją opinię na jej temat + zdjęcia.

+ Kolor. Gama kolorystyczna jest niesamowita, każdy znajdzie coś dla siebie. Ja szukałam cielistej pomadki i zdecydowałam się na 263 przy pomocy przemiłej Pani w Inglocie:)
+ Opakowanie. Wygląda bardzo elegancko, estetycznie. Mam ją już bardzo długo a nic się z nią nie stało, zarówno pod względem samego opakowania (nie pękło, nic się nie starło) jak i samej pomadki (nie połamała się, nie rozpływa)
+ Dostępność. Można dostać ją zarówno w sklepach stacjonarnych Inglota jak i w wielu sklepach internetowych.

I na tym niestety koniec plusów:
- Wysusza usta. Trzeba mieć usta idealne. Podkreśla bowiem każdą, nawet najmniejszą suchą skórkę:(
- Roluje się po pewnym czasie.


Nie wiem, gdzie dopiąć cenę, bo ok. 20 zł za pomadkę, która z reguły służy wręcz latami to wg mnie nie jest dużo, gdyby tylko fajnie spisywała się na ustach. Ta niestety u mnie nie zdaje egzaminu. Dlatego też pomimo upływu dwóch lat jej zużycie jest znikome.

Tak prezentuje się pomadka na ustach, które wcześniej zostały solidnie nasmarowane balsamem/pomadką ochronną. Zdjęcia w cieniu i w świetle dziennym.




Wygląda ładnie, jednak po czasie zbiera się w załamaniach ust, zaczyna rolować i zwyczajnie wygląda to mało estetycznie. Trzeba albo w kółko poprawiać przy lusterku, nie marszcząc w ogóle ust w ciągu noszenia jej na ustach albo zetrzeć ją całkowicie. Na ostatnim zdjęciu powyżej możecie zaobserować, że zaczyna powoli zmieniać swój wygląd na ustach, zaczynają ujawniać się suche skórki..

Teraz zobaczycie, jak wygląda bez uprzedniego nałożenia balsamu.




Jeśli posmarujemy nią usta bez żadnego nawilżacza pod nią możemy być pewni, że już po chwili suche skórki ujrzą światło dzienne. Wygląda to strasznie. Bardzo podkreśla każdą nierówność ust, każdą suchą skórkę a do tego ściera się z ust bardzo nierównomiernie i jakby zasycha. Mam wrażenie, że tworzy na ustach skorupkę, którą ciężko w całości usunąć "od ręki". Tutaj efekt praktycznie po kilku minutach od nałożenia. Wraz z upływem czasu usta wyglądają coraz gorzej.

Dodam, że nie na co dzień nie mam problemu z suchymi skórkami. Dbam o usta. Systematycznie je peelinguje, nawilżam.

Podsumowując jestem bardzo zadowolona z koloru, jaki sobie wybrałam. Niestety fakt, że niesamowicie wysusza usta, podkreśla suche skórki i wygląda przez to nieestetycznie skutecznie utrudnia mi jej użytkowanie. A szkoda:(

Miałyście którąś z pomadek z tej linii?
Jakie są Wasze wrażenia?

Jutro czeka mnie egzamin z łąkarstwa... wszystkie 'trzymane kciuki' mile widziane:)

Miłego weekendu:)

Jola

wtorek, 4 lutego 2014

Pędzle do makijażu - moja mała kolekcja

Cześć:)

Dzisiaj przychodzę do Was z postem odnośnie mojej "kolekcji" pędzli.

Muszę zacząć od tego, że swoje pierwsze pędzle zakupiłam dość późno, bo pod koniec 2011 roku. 
Tak więc moje "zbiory" zostały poczynione na przestrzeni ostatnich dwóch lat i jak na razie, na moje potrzeby mi wystarczają, chociaż często widzę piękne pędzle, które widziałabym u siebie:)



Tak prezentuje się całość. Jedynie pędzle Ecotools są dodatkowo przechowywane w dołączonych do nich pokrowcach.
Trzymam je w szufladce z Biedronki - pisałam o niej TUTAJ .
Wydaje mi się, że to fajna opcja, pędzle są zamknięte, a więc poniekąd chronione przed kurzem. Z pewnością byłoby to kłopotliwe, gdybym malowała się codziennie, wtedy pewnie bardziej sprawdziłaby się jakaś doniczka w roli stojaka.
Jednak na moje potrzeby takie rozwiązanie w zupełności wystarcza.

PĘDZLE DO MAKIJAŻU OCZU:



Moje pierwsze pędzle to zestaw 5 miniaturowych, bambusowych pędzli do makijażu oka z Ecotools. Kupiłam je na Allegro w cenie ok. 40 zł. Zapakowane są w praktyczną, podręczną kosmetyczkę z lusterkiem (której nie widać na zdjęciu), także bardzo wygodnie mi je spakować i brać na wyjazdy. W skład zestawu wchodzą:
- pędzel do nakładania i blendowania cieni (blend)
- pędzel ścięty do nakładania cieni w załamaniu powieki (crease)
- mniejszy pędzel do dokładniejszego nakładania cieni (shade)
- pędzel do podkreślania kącików oka oraz łuku brwiowego (highlight)
- pędzel do rozcierania cieni i kresek na dolnej powiece (smudge)
Jestem z nich bardzo zadowolona. Kupiłam je z myślą o podstawowych pędzlach, które umożliwią mi nakładanie cieni z paletki NYX, którą wtedy dostałam w prezencie urodzinowym. W zupełności wystarczają do zrobienia pełnego makijażu, dobrze rozcierają cienie. Moje makijaże oka są proste, dlatego jak dla mnie ta piątka ma wszystko, czego potrzebuje.

Kolejnym i zarazem ostatnim pędzlem do makijażu oka jest pędzel z Inglota 20P. Zapłaciłam za niego 13 zł w sklepie stacjonarnym tej firmy. Kupiony przy okazji zakupu paru cieni, podobny do shade'a z Ecootols. Fajnie mieć dwa podobne, dzięki temu jednym mogę nakładać mocniejsze kolorki, drugim jaśniejsze i nie robię sobie nie potrzebnych mieszanek kolorów:)

PĘDZLE DO TWARZY:



Pędzel bambusowy Ecootols do pudru. Zakupiony w Rossmannie, cena ok. 30 zł. Jestem z niego zadowolona, sprawdza się, dobrze omiata twarz rozprowadzając równomiernie produkt.

Pędzelek z H&M do bronzera (tak ja go wykorzystuje). Cenowo kosztował chyba ok. 10 zł. Jest w porządku, chociaż ciekawa jestem, jak sprawdziłby się pędzelek wyprofilowany.

Pędzel do korektora Manhattan. Kupiony przy okazji robienia większych zakupów na stronie Paatal. Zapłaciłam za niego ok. 3 zł. Nie lubię nakładać kosmetyków palcami, stąd ten zakup.

GĄBECZKI/PUSZKI:



Jajeczko, podróbka beauty blendera zakupiona w H&M, zapłaciłam za nie ok. 5 zł na promocji (w cenie regularnej kosztuje 10 zł). Jestem bardzo zadowolona. Dzięki niemu nie musiałam nakładać podkładu palcami. Zawsze nakładałam podkład na "sucho", niczym go nie moczyłam. Fajnie rozprowadza produkt, nie tworzy smug. Nie wiem jak spisuje się oryginalny Beauty Blender, jednak z tego jajeczka jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza, że tak mało za niego zapłaciłam. Niska cena - dobra jakość:)

Gąbeczka - puszek firmy Donegal, dostępnej w Rossmannie. Zapłaciłam za nią pewnie nie więcej niż 10 zł. Do utrwalania podkładu sprawdza się u mnie lepiej niż pędzel z Ecotools. Wklepując puder, on bardziej wnika w skórę, dzięki czemu dłużej się na niej utrzymuje.

Jak widzicie nie mam tego dużo:)
Pewnie jeśli natknę się na jakieś fajne promocje i na pędzle, które mnie zainteresują dokupię kolejne. Na zdjęciu nie ma tylko nowego nabytku - pędzelka do eyelinera z Maybelline, dołączonego do zestawu.

Jeszcze zdanie odnośnie mycia pędzli.
Myje je praktycznie co każde cykliczne użytkowanie (np. po powrocie ze zjazdu czy innego wyjazdu) szamponem Babydream z Rossmanna. Nakładam na nie na moment odżywkę, której aktualnie używam, dzięki czemu są mięciutkie w dotyku, pięknie pachną i nie tracą ładnego wyglądu.

A jak Wasze zbiory pędzelkowe?:)
Dużo tego macie?:)

Mam jeszcze do Was jedno pytanie:
Zastanawiam się nad zakupem sokowirówki.
Czy ktoś z Was mógłby mi polecić jakiś konkretny model?
Chodząc po sklepach wszystkie wyglądają prawie identycznie, nawet pod względem funkcji.
Bardzo dużo dobrego słyszałam o Zelmerze JE2000 - jednak koszt w sklepach stacjonarnych to ok. 500 zł - więc musiałabym być pewna, że to naprawdę dobry zakup i jest warta swojej ceny.
Jeśli jesteście posiadaczkami jakiejkolwiek sokowirówki to dajcie znać jaką macie i jak się u Was sprawdza:)


Miłego dnia:)

Jola 

sobota, 1 lutego 2014

Recenzja: La Roche Posay - Effaclar Duo

Cześć:)

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją kremu, który totalnie zrewolucjonizował moje życie, a będąc bardziej precyzyjną: diametralnie zmienił wygląd mojej skóry.

Jest to produkt, którego recenzję zapisałam sobie w moim "blogowym zeszyciku" na samym początku, jednak z racji nie posiadania w tamtej chwili kartonika, a co za tym idzie podstawowych informacji, wstrzymałam się do zakupu kolejnej tubki.

Na początku jednak chciałabym napisać parę zdań słowem wstępu:
Po pierwsze: wiem, że każdy z nas ma świadomość, że to, co sprawdziło się u mnie, nie koniecznie sprawdzi się u drugiej osoby, jednak sporo osób w tym także ja często posiłkuję się recenzjami, w celu znalezienia i dobrania dla siebie idealnego kremu, podkładu, etc. Należy jednak pamiętać, że każda skóra jest inna i ma inne wymagania. 
Po drugie: na zdrową cerę wpływa wiele czynników. Owszem - kosmetyki mogą bardzo pomóc, jednak w przypadku zaniedbania pewnych kwestii, problem będzie powracał bądź nie będzie "doleczony" do końca. O tych innych czynnikach planuję napisać osobnego posta.
I po trzecie: należy prawidłowo rozpoznać problem. Czym innym jest trądzik w aspekcie chorobowym (o różnym podłożu, często warunkowany problemami hormonalnymi i wymagający specjalistycznego leczenia oraz konsultacji z dermatologiem), czym innym skóra ze skłonnością do występowania niedoskonałości a jeszcze czym innym sporadycznie pojawiające się pryszcze.
W mojej ocenie odnośnie pierwszego przypadku należy udać się do specjalisty, chociaż z tego, co słyszę od osób, które się z tym borykają - owi specjaliści rzadko skutecznie dobierają metodę leczenia, wtedy spróbowanie tego kremu może być kolejną próbą w dążeniu do pozbycia się problemu.
Jeśli ktoś ma wręcz idealną cerę i pryszcz pojawia się okazjonalnie to wydaje mi się, że ten krem jest zbyteczny.
Jeśli natomiast ktoś z Was ma cerę ze skłonnością do powstawania owych niedoskonałości - ten krem jest dla Was.

Tyle odnośnie wstępu.
Wiele razy wypowiadałam się na temat tego kremu na Waszych blogach, gdzie bardzo go polecałam. Dzisiaj napiszę Wam o nim więcej.



Swój krem La Roche Posay Effaclar Duo kupuję w Super-Pharm. W cenie regularnej zapłacimy za niego ok. 48 zł. Ja zawsze kupuję go na promocji w cenie ok. 30 zł.
Pojemność 40 ml, która naprawdę wystarczy na bardzo długo.

Co pisze producent:

Jest to krem zwalczający uporczywe niedoskonałości o podwójnym działaniu: redukuje uporczywe niedoskonałości i odblokowuje zatkane pory.
Testowany na skórze z tendencją do trądziku.
Bez parabenów.
Jest on kompletną pielęgnacją dla skóry trądzikowej, zawierającą 4 składniki aktywne, aby skutecznie działać na:
- uporczywe niedoskonałości: Piroktonian Olaminy o działaniu antybakteryjnym, aby przeciwdziałać niedoskonałościom. Niacynamid i woda termalna o działaniu łagodzącym.
- zatkane pory: LHA TM (Lipohydroksykwas) oraz kwas Linolowy, aby odblokować pory i eliminować martwe komórki odpowiedzialne za ich zatykanie.

Rezultaty:
- niedoskonałości są zredukowane, pory odblokowane
- powierzchnia skóry jest wygładzona, nadmiar sebum i błyszczenie zmniejszone

Konsystencja:
- nietłusty, matujący i odświeżający żel-krem
- doskonała baza pod makijaż
- nie powoduje powstawania zaskórników



Skład:

AQUA/WATER, GLYCERIN, CYCLOHEXASILOXANE, HYDROGENATED POLYISOBUTENE, NIACINAMIDE, ISOPROPYL LAUROYL SARCOSINATE, AMIMONIUM POLYACRYLDIMETHYLTAURAMIDE/AMIMONIUM POLYACRYLOYLDIMETHYL TAURATE, SILICA [NANO]/SILICA, METHYL METHACRYLATE CROSSPOLYMER, SODIUM HYDROXIDE, SALICYLIC ACID, NYLON-12, ZINC PCA, LINOLEIC ACID, PENTAERYTHRITYL TETRA-DI-T-BUTYL HYDROXYDROCINNAMATE, CAPRYLOYL GLYCINE, CAPRYLOYL SALICYLIC ACID, CAPRYLYL GLYCOL, PIROCTONE OLAMINE, MYRISTYL MYRISTATE, POTASSIUM CETYL PHOSPHATE, GLYCERYL STERATESE, PARFUM/FRAGRANCE

Moja opinia:

DOSKONAŁY, IDEALNY KREM NA NIEDOSKONAŁOŚCI !!

Chciałabym tyle Wam o nim powiedzieć, że boje się, że o czymś zapomnę.
Wypadałoby chyba powiedzieć coś więcej na temat mojej cery i jej stanu, zanim rozpoczęłam kurację Effaclarem Duo.

Moja skóra nigdy nie była idealna, jednak do wielu nastoletniego z powodzeniem unikałam wszelkich mazideł, kremów oraz kosmetyków kolorowych.
Nawet za czasów technikum moja pielęgnacja była znikoma a makijaż praktycznie zerowy.

Moja wiedza na temat właściwej pielęgnacji była właściwie żadna. A problemy ze skórą niestety się powiększały. Zaczęło się od masowo pojawiających się zaskórników. Gdy pojawiły się w okresie gimnazjalnym, nie miałam nawet pojęcia, co to jest.
Towarzyszyły mi przez cały okres szkoły średniej, z tą różnicą, że z początku pojawiały się tylko w okolicach brody, by później poszerzyć swój rewir o rejony nosa czy czoła.
Potem pojawiły się wypryski. Najpierw jeden, później kilka.. a jeszcze później moja twarz wyglądała naprawdę nie ciekawie.

Powoli zaczęło mi to wszystko przeszkadzać, zaczęłam stosowanie kremów drogeryjnych, ale co jeden to gorszy. Po żadnym nie było pozytywnych rezultatów - wręcz przeciwnie.
Wtedy zaczęłam interesować się urodą i kosmetykami. Wciągnęłam się w kanały urodowe na YT i tym oto sposobem dowiedziałam się o istnieniu kremu Effaclar Duo. 
Gdy zaczęłam studia i po raz pierwszy odwiedziłam Super-Pharm wiedziałam, że muszę go wypróbować.

Wypróbowałam. I się zakochałam. Muszę dodać, że dla lepszego działania kupiłam wtedy również żel do mycia twarzy La Roche Posay Effaclar do cery z niedoskonałościami (cena ok. 20 zł na promocji za 200 ml)

Nie powiem, że efekty widziałam już po kilku dniach, bo w takie cuda nie wierzę. 
Jednak po niedługim czasie zaobserwowałam znaczną poprawę stanu mojej skóry. Zaskórniki szybko zniknęły (i odpukać) nie pojawiły się do tej pory, pryszcze przestały być rankami, zaczęły się stopniowo goić, zmniejszać aż całkowicie zniknęły z powierzchni mojej twarzy. 
Moja skóra dzięki Effaclar Duo stała się gładka, czysta, wolna od zaskórników i masowo pojawiających się pryszczy.

Spotkałam się ze stwierdzeniami, że wysusza i konieczne jest stosowanie na równi kremu intensywnie nawilżającego. Ja o tym nie wiedziałam. I z początku stosowałam go codziennie, rano i wieczorem. Później tylko na noc, gdyż zauważyłam przesuszenie, które mogło być również spowodowane warunkami atmosferycznymi, bowiem był środek zimy, a ja nie używałam żadnego nawilżacza.

Skóra zwłaszcza w okolicach, gdzie masowo występowały zaskórniki schodziła płatami, ale dało się to przeżyć. Kilka peelingów i późniejszego nawilżania i było ok:)



Podsumowując:

+ DZIAŁANIE !! Jest fenomenalny. Usuwa zaskórniki, pryszcze, łagodzi skórę przy powstawaniu kolejnych. Jeśli widzę wieczorem i czuję, że pod skórą tworzy się nieprzyjaciel, czuję bolącą grudkę podskórną to wystarczy, że posmaruję na noc grubszą warstwę na danym miejscu - rano nie ma grudki, nie ma bolącego obszaru. Jeśli już pryszcz nam wyskoczy to po nocnym, intensywniejszym posmarowaniu rano cieszymy się bezbolesną, prawie zagojoną krostką. Naprawdę ten krem DZIAŁA!!
+ Produkt apteczny. Fakt, że możemy go dostać tylko w aptece sprawia, że wiemy, iż mamy styczność z kosmetykiem, który skład ma zbliżony do leku a nie do mazidła drogeryjnego.
+ Cena. Wg mnie jak na taki produkt o takim działaniu cena jest idealna. Nawet bez promocji bym go kupiła!
+ Wydajność. Tubka wydaje się mała, jednak starcza na naprawdę długi okres czasu.
+ Wygląd/konsystencja. Całość wygląda estetycznie, prosto. Nie ma problemu z wydobywaniem kremu. A sam krem przyjemnie rozprowadza się na skórze. Dzięki swojej kremowo-żelowej konsystencji szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Nadaje się również pod makijaż.
+ Dostępność. Dostaniemy go chyba w każdej aptece.

Minusów BRAK !!

Wiem, że nic tak nie działa na wyobraźnię jak zdjęcia. Sama lubię widzieć konkretne efekty niż czytać o suchych faktach. Dlatego poniżej wstawiam Wam zdjęcia "przed" i "po" kuracji Effaclarem Duo.

Stan "przed" przedstawia gorszy stan mojej skóry: zaskórniki, pryszcze, bolące ranki. Zdjęcia zrobione za czasów technikum, gdzie borykałam się z tym problemem.
Stan "po" jak sami widzicie. Nie jest może idealnie, ale rozszerzone pory będę miała do śmierci i są to kwestie, których nie zmienię i nie mam z tym problemu. Zaskórników brak. Pryszcze owszem, pojawiają się, ale dzięki Effaclarowi już nie muszę się ich bać. Znikają tak szybko jak się pojawiają:) Zdjęcia zrobione w styczniu tego roku.

 PRZED:



PO:




Mam nadzieję, że nie uciekliście z krzykiem:)
 
Od momentu używania tego kremu wierzę w skuteczność kremów aptecznych, a bardzo zwątpiłam w działanie tych drogeryjnych, toteż zaprzestałam ich kupowania. Wolę wydać te 20 zł więcej i mieć kosmetyk, który ma w sobie składniki mogące wpłynąć na stan skóry.

Ja jestem zakochana. Jeśli ktoś z Was ma problemy ze skórą ze skłonnościami do występowania niedoskonałości to naprawdę polecam wypróbowanie tego kremu. To tylko 30 zł a efekt jest piorunujący ! Obecnie jestem w posiadaniu swojej 3 tubki :) Pierwsza była używana dzień w dzień, a kolejne od czasu do czasu, okresowo, gdy czuję, że moja skóra tego potrzebuje.

Bardzo się rozpisałam, ale naprawdę to chyba produkt, który w mojej pielęgnacji na przestrzeni tych wszystkich lat odegrał największą rolę. Dzięki niemu polubiłam swoją twarz taką, jaka jest. Od prawie roku w ogóle nie robię makijażu twarzy, bo w stanie naturalnym czuję się najlepiej, nie wstydzę się pojedynczego pryszcza. Jestem dumna z tego, jak udało mi się zmienić stan mojej cery.

Ten krem w mojej ocenie nie potrzebuje wielu zachwytów, bo sam się obroni - DZIAŁANIEM.

Ważne jest, by pamiętać o tym, o czym wspomniałam na początku. Jeśli bowiem dana osoba boryka się z pojedynczymi pryszczami (a przecież kobiety a przynajmniej większość boryka się z powstającymi niedoskonałościami co miesiąc, które są absolutnie naturalne i same znikają) to naprawdę nie potrzebuje kosmetyków o tak silnym działaniu.

Dajcie znać, czy ktoś z Was miał z nim do czynienia?
Jakie jest Wasze zdanie na jego temat?

Miłego weekendu:)

Jola