Obserwatorzy

Obserwują mnie

piątek, 31 lipca 2015

Jak dbam o pędzle?

Cześć.

Mycie pędzli zapewne dla nikogo nie jest fizyką kwantową. Jednak chciałabym pokazać Wam, czym ja myję pędzle oraz w jaki sposób to robię. Być może osoby, zaczynające swoją "przygodę" z makijażem nie do końca wiedzą jak myć pędzle - stąd pomysł na ten post.
Ja sama z początku nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Czynność sama w sobie niby prosta i logiczna, a jednak.. czy aby na pewno?

Czego używam do mycia pędzli ?


Jak widzicie myję je szamponem dla niemowląt Baby Dram z Rossmanna. Kosztuje ok 5 zł, więc portfel znacząco tego nie odczuje. Sam szampon jest łagodny, być może nie ma on znaczenia dla włosia, jednak ja lepiej się czuję używając tego produktu. Lepszy ten niż bardziej agresywny, prawda? W końcu chodzi "tylko" o wymycie resztek produktów.

Po umyciu nakładam dosłownie na moment odżywkę. Do niej nie przykładam większej wagi, jednak zawsze ją nakładam. Dzięki niej pędzle są miękkie w dotyku i pięknie pachną. Na zdjęciu, które było robione jakiś czas temu widzicie odżywkę, którą już mam wykorzystane; używam odżywki, którą w danym momencie posiadam i często taką, którą ciężko mi zużyć.


Kiedyś zakupiłam również płyn do dezynfekcji pędzli z INGLOTA, ale to była totalna pomyłka.

Jak myję pędzle ?






W tym celu idealnie sprawdza się u mnie rękawica z wypustkami do masowania ciała. Jest to zarówno wygodne jak i funkcjonalne. Wygoda, bo wkładamy rękę i możemy myć pędzle; nie ma konieczności przelewania czy babrania się w miseczkach z wodą. Jest to także funkcjonalne; dzięki temu, że owa rękawica posiada stronę z grubymi, sztywnymi wypustkami, jak i stronę z elastycznymi, dużo mniejszymi "igiełkami". Możemy zatem skutecznie i szybko oczyścić włosie zarówno z tych większych pędzli (np. do pudru, przy którym idealnie sprawdzają się grube wypustki) jak i mniejszych (np. pędzle do blendowania cieni, których włosie idealnie się doczyszcza na "igiełkach".
Samą rękawicę można zakupić w każdej drogerii czy markecie. Moja pochodzi z Rossmanna, a jej koszt to ok 13zł.

Po spłukaniu szamponu nakładam dowolną odżywkę. Gdy tylko nałożę ją na ostatni pędzel, od razu przechodzę do spłukania jej z pierwszego.
Ważne, by szampon czy odżywkę nakładać tylko na włosie i starać się nie zamoczyć trzonka powyżej miejsca łączenia go z włosiem (moczymy tylko włosie, tak by powyżej skuwki było sucho).

Co po umyciu? 




Po umyciu pędzli szamponem (przy użyciu rękawicy) oraz nałożeniu i spłukaniu odżywki odciskam nadmiar wody z pędzli przy pomocy zwykłych papierowych ręczników bądź papieru toaletowego. Ważne, by włosie owinąć papierem i usuwać wodę poprzez dociskanie go a nie szarpanie czy ciągnięcie: w ten sposób usuwamy wodę, nie niszcząc i nie wyrywając włosia.




Następnie odkładam pędzle na szafkę, tak by część z włosiem swobodnie "zwisała" poza krawędzie. Dzięki temu pędzle nie odkształcą się i będą miały możliwość całkowitego wyschnięcia.

Zapamiętaj:
  • nie szarp włosia
  • nie mocz pędzla powyżej skuwki
  • daj pędzlom wyschnąć
A Twoje pędzle posłużą Ci dłużej :)


Tak ja myję pędzle.
A Wy jak to robicie?
Jakich produktów używacie?

Miłego dnia,

Jola

wtorek, 28 lipca 2015

DENKO: Pielęgnacja ciała

Cześć:)

Mam nadzieję, że powoli wracam do starego rytmu. Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną częścią denka. Poprzednią mogliście przeczytać TUTAJ.



Na "czerwono" zaznaczam produkty, które bardzo polubiłam i w moim przypadku sprawdziły się bardzo dobrze.
Na "niebiesko" te, które okazały się bublami oraz średniaki.
Więc:
Czerwone - KUPIĘ
Niebieskie  - NIE KUPIĘ


1. Żel pod prysznic z ekstraktem z wanilii ISANA (Rossmann, 2zł, 300ml) - kupiony jeszcze zimą w jak widać bardzo atrakcyjnej cenie. Sam żel był dość wydajny, dobrze mył ciało, fajnie się pienił, ładnie pachniał i o dziwo nie wysuszał mi skóry. Więc polecam.

2. Żel pod prysznic na bazie ekologicznego oleju z Cedru Syberyjskiego (Skarby Syberii, 13zł, 360ml) - bardzo ładnie pachniał (ziołowo), jeśli ktoś z Was nie lubi tego zapachu, to radzę nie kupować, gdyż czuć go na skórze jeszcze przez jakiś czas po kąpieli. Dobrze mył ciało, jednak kiepsko się pienił. Był bardzo, bardzo wydajny. Myślę, że jeszcze do niego wrócę, bo byłam zadowolona. Minusy to pienienie plus zacinająca się po czasie pompka, ale dla mnie to żadna tragedia.

3. Żel pod prysznic plumeria biała & czarny bez ALTERRA (Rossmann, 5zł, 250ml) - zapach w ogóle nie przypadł mi do gustu, ale sam żel dość dobrze się pienił i mył ciało, więc robił to, czego oczekuję. Ze względu na zapach, ja już do tego produktu nie wrócę.

4. Kremowy żel pod prysznic Tangerine & Awapuhi FRESH JUICE (Hebe, 10zł, 500ml) - bardzo, bardzo wydajny produkt. Pachniał dość odświeżająco, aczkolwiek po pewnym czasie miałam już tego zapachu zwyczajnie dość. Dobrze mył ciało, dobrze się pienił, nie wysuszał skóry, nie podrażniał. Ogólnie dość dobry produkt, więc pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę, chociaż jestem ciekawa innych wersji zapachowych.


5. Wygładzający balsam odżywczy do ciała TOŁPA (Hebe, 10zł na promocji, 200ml) - bardzo fajny produkt, szybko się wchłaniał, nie pozostawiał tłustej nieprzyjemnej warstwy na skórze, ładnie pachniał, nie podrażniał, nie zapychał. Myślę, że jeszcze kiedyś do niego wrócę.

6. Regenerujący balsam do ciała z olejem arganowym DELIA (Hebe, 8zł na promocji, 300ml) - kupiłam "na szybko" przy kasie, nie czytając składu, przez co w domu doznałam rozczarowania bowiem na drugim miejscu była parafina, która moją skórę strasznie zapycha. Temu balsamowi dawałam szansę dwukrotnie, jednak za każdym ekspresowo zapychał mi skórę i pojawiały się krosty. Ostatecznie balsam zużyłam do włosów (nakładałam na olej przed myciem). Nie mniej jednak, sam balsam ładnie pachniał i dość szybko się wchłaniał, więc może u osób, których parafina nie zapycha spisałby się lepiej. Nie wrócę do tego produktu.

7. Oliwka pielęgnacyjna HIPP (Lidl, 10zł, 200ml) - moja druga lub trzecia buteleczka. Oliwka jest fantastyczna. Stosowana na ciało szybko się wchłania, świetnie nawilża, nie zapycha; dobrze też nawilża włosy:) Kupię ponownie, gorąco polecam!!



8. Złuszczająca maska do stóp SKINLITE (Carrefour, 10zł) - kupiłam żeby wypróbować tańszy odpowiednik skarpetek Purederm (o których niżej), niestety te, w porównaniu wypadają kiepsko. Wyglądają praktycznie identycznie, pachną identycznie a jednak działanie jest po prostu słabsze. Być może dla osób, które ze skórą pięt nie mają problemu, te skarpety a raczej ich działanie okazałoby się wystarczające. Dlatego też, raczej nie planuję do nich wrócić. Chyba, że znajdą się na promocji za 5zł, wtedy żal nie wziąć.

9. Złuszczająca maska do stóp PUREDERM (Biedronka, 13zł) - w Biedronce rzucane są raz na jakiś czas za 13zł, są jednak w stałej ofercie Hebe w nieco droższej cenie 20zł. Ja zaopatrzyłam się już w Biedronce w kolejną parę (na przyszłość), bo działanie jest fantastyczne. Złuszcza cały naskórek z powierzchni stóp, oczywiście stopniowo i bezboleśnie. Z początku po paru dniach od zastosowania schodzi skóra "lepsza, mniej zniszczona czy zrogowaciała", nieco dłużej trzeba poczekać na skórę pięt, która zazwyczaj jest w "najgorszym" stanie. Sam proces złuszczania skóry trwa dość długo, dlatego też jeśli zależy Wam na gładkich stopach bez wystających kawałków skórek, to radzę skarpetki użyć 2 tyg przed planowanym eksponowaniem stóp. Polecam gorąco.

10. Musujące tabletki do stóp BODY CLUB (Biedronka, 6zł, 6tab.) - bardzo fajny aczkolwiek zbędny kosmetyk. Tabletki szybko rozpuszczają się w wodzie, skóra stóp po takiej kąpieli faktycznie staje się mięciutka i miła w dotyku. Ciekawy produkt, który spełnia obietnice producenta. Jednak wg mnie nie jest produkt, który każda z nas musi posiadać, ot ciekawa nowość, nic koniecznego. Mimo wszystko pewnie wrócę, bo zapach i wygląd stóp po takich kąpielach bardzo mi się podobał.



Próbki:
- mleczko nawilżające LE PETTIT MARSEILIALS (bez szału, ta marka w ogóle mnie nie kusi)
- balsam do ciała KOLASTYNA (podobnie jak pozycja wyżej)
- ekspresowe serum do ciała antycellulitowe ZIAJA (próbka to za mało, żeby się wypowiedzieć, ale nie kusi mnie zakup pełnowymiarowego opakowania)



11. Emulsja do higieny intymnej LACTACYD (Rossmann, 13zł, 200ml) - fatalny produkt. Dziwię się, że jest tak polecany, ponieważ jak dla mnie to jeden z najgorszych produkt w swojej kategorii. Brzydko pachnie, kiepsko się pieni, jest mało wydajny i nie mam poczucia takiego odświeżenia jak przy innych tego typu produktach. NIE polecam i NIE WRÓCĘ.

12. Żele do higieny intymnej INTIMEA: z kwasem mlekowym i ekstraktem z białej herbaty oraz z kwasem mlekowym, prebiotykami i pantenolem (Biedronka, 4zł, 400ml) - fantastyczne produkty, do których ciągle wracam. Bardzo dobrze myją, chronią skórę. Dobrze się pienią, są bardzo wydajne i do tego w niskich cenach. Polecam serdecznie!



 Cała masa chusteczek:

- dezodorant w chusteczce CLEANIC (Biedronka, 4zł 12szt) - te chusteczki to jakiś koszmar, kupiłam z myślą o wyjazdach ale były tak kiepskie, że ostatecznie zużyłam je do czyszczenia podeszwy butów:) Nie dawały one bowiem żadnego uczucia odświeżenia, a wręcz przeciwnie; miałam wrażenie, że skóra staje się klejąca, nie wiem, czym były nawilżone, ale w kontakcie ze skórą nie było to przyjemne. Odradzam.

- INTIMEA z kwasem mlekowym i ekstraktem z nagietka-ochronne oraz z ekstraktem z rumianku-łagodzące (Biedronka, 3zł/op. 20szt/op) bardzo je lubię i notorycznie do nich wracam

- MARION (10szt) i FACELLE (Rossmann, 3zł, 20szt) - Marion średniaczki, Facelle podobnie jak Intimea stały bywalec w mojej torebce

- nawilżany papier toaletowy z ekstraktem z rumianku oraz bezzapachowy z certyfikatem DAAB ALOUETTE (Rossmann, na promocji w cenie ok 3zł/op./70szt.) pierwsze opakowanie kupiłam na próbę i teraz z powodzeniem zastępują tradycyjne chusteczki do higieny intymnej, w porównaniu z normalnymi chusteczkami te są nawet lepsze: tańsze, ilościowo jest ich więcej, są wykonane z innego tworzywa przez co są łagodniejsze dla skóry. POLECAM wypróbować.
 
To by było na tyle:)

Do następnego posta:) 
Miłego dnia:)

Jola
 

czwartek, 23 lipca 2015

Uwaga: SŁOŃCE

Cześć.

Dzisiaj przychodzę do Was z postem na temat negatywnych skutków, spowodowanych nadmierną ekspozycją na promienie słoneczne.

Chciałabym się z Wami podzielić moimi doświadczeniami w tym temacie. Niestety człowiek uczy się błędach - własnych i w 100% się z tym zgodzę.

Powinnam zacząć od tego, że zawsze byłam osobą bardzo bladą i nigdy nie udawało mi się opalić. Mogłam dobre pół dnia spędzić na powietrzu bardzo aktywnie spędzając czas i kolor skóry wieczorem był taki sam, jak o poranku.
Z czasem jednak zaczęło się to zmieniać i pojawiał się efekt - rumień. Wtedy widząc czerwoną skórę wręcz się z tego cieszyłam, bo miałam nadzieję, że w końcu uda mi się opalić. Rumień jednak po paru dniach całkowicie znikał i na nowo pojawiała się blada skóra. Nie doceniałam tego.

Dwa lata temu zbierając porzeczki w ogrodzie, po dwóch godzinach (mimo nasmarowania ciała) nabawiłam się oparzenia słonecznego II stopnia. Oczywiście to moja wina, celowo poszłam zbierać w godzinnych wczesnych; myślałam, że skoro słońce mnie "nie łapie", to taka pora będzie jedyną nadzieją, na jakiekolwiek zaróżowienie skóry. Skóra piekła, ale myślałam, że to dobrze.. Nic bardziej mylnego!

Wieczorem całe plecy dosłownie paliły żywym ogniem, skóra nie mogła znieść kontaktu z materiałem, a rano zobaczyłam, że pojawiły się bąble. W kolejnych dniach bąble wypełniły się ropą, a same plecy stały się jedną wielką opuchlizną. Na poparzenie słoneczne nie ma lekarstwa czy cudownego środka, który natychmiast zniweluje ból czy usunie opuchliznę.
W aptece farmaceutka poleciła mi PANTHENOL Jego recenzja pojawiła się jako jeden z pierwszych postów na tym blogu - TUTAJ możecie ją przeczytać.
Nie macie pojęcia, jaką ulgę poczułam po pierwszym zastosowaniu. Mama spryskała mi całe plecy aerozolem, który zamienił się w chłodzącą piankę.

Panthenol jednak nie zadziała od razu. W przypadku pleców zadziałał natychmiast po zastosowaniu, jednak było to parę dni od momentu oparzenia. W czerwcu tego roku, będąc na Targach w pracy, spedziłam 3 dni na słońcu (z przerwami oczywiście) i pomimo smarowania i maxymalnego zakrycia ciała (zero odkrytych pleców, dekoltów itp.) znowu doznałam oparzenia, tym razem na rękach (od nadgarstka aż do linii rękawka, na twarzy oraz poniżej brody),  Na szczęście tym razem mniejszego, ale jednak bolesnego. W drodze powrotnej ostatniego dnia od razu skierowałam się w poszukiwaniu apteki, jednak z racji niedzieli wszystkie były zamknięte. Udałam się więc do Rossmanna, gdzie zakupiłam Panthenol w sprayu firmy Suz Ozon oraz spray aloesowy po opalaniu tej samej firmy. Sama pianka niestety nie chłodziła i nie działała w ogóle tak, jak mój pierwszy Panthenol. Za to spray dawał uczucie natychmiastowego ochłodzenia, co troszkę łagodziło ból. W obu przypadkach skóra schodziła płatami po około 7 dniach od poparzenia i na szczęście nie pozostały żadne blizny.



Nie napisałam tutaj nic odkrywczego, jednak jeśli wśród Was są osoby, którym opalanie zawsze przychodziło z trudem, to proszę Was - chrońcie się szczególnie, bo wbrew pozorom jesteście bardziej narażeni na poparzenia słoneczne, niż osoby, które "łapią opaleniznę w godzinę".

Miłego dnia,

Jola